Tak to się wszystko zaczęło

Od zawsze wiedziałam że chcę nosić dziecko. Na długo przed tym jak na Świecie pojawił się mój Syn – Junior… Ba, nawet na długo przed tym, jak pojawił się zaokrąglony brzuch, wskazujący że pojawi się Junior. Zupełnie nie pamiętam co było pierwszym impulsem. Nie wiem czy nawet taki był. Po prostu noszenie dziecka wydawało mi się zawsze takie naturalne, instynktowne i oczywiste, że jest wielce prawdopodobne, że gdybym nie była otoczona tymi wszystkimi chustowymi blogami, forami, portalami społecznościowymi i żyła na totalnym technologiczno-informacyjnym pustkowiu, bez massmediów i YouTuba, też podświadomie bym nosić chciała. Co zasadniczo, idealnie odzwierciedla to, o czym pisałam tu – jesteśmy jako gatunek, stworzeni do noszenia i bycia noszonym.

Moja chustoprzygoda można powiedzieć rozpoczęła się oficjalnie,już jak byłam w ciąży, wraz z zakupem pierwszej chusty. Miałam wtedy wiedzy teoretycznej o temacie okrąglutkie zero i zakupiłam pod wpływem wyprzedaży i ciążowych hormonów chustę elastyczną...

Pierwsze motania były ciężkie. Nawet bardzo ciężkie. Ponad 4 cztery i pół metra materiału nie do ogarnięcia. Materiału, który sięgał gdzie wzrok nie sięga i który dociągałam chyba z dobre 10 minut, pocąc się jak mysz kościelna, zanim się zorientowałam że na nim stoję… Nie, wiem czy jesteście sobie w stanie wyobrazić 470 centymetrów złośliwej tkaniny, która jest wszędzie wokoło, na podłodze, stole i lampie, tylko nie tam gdzie być powinna, czyli bezpiecznie podtrzymująca pupę i plecy waszego Dziecka.

bettina bexte

O tak mniej więcej mota się pierwsze 10 razy. Potem jest z górki 🙂

 

Mimo że to pierwsze wiązanie rozwścieczyło i tak już rozwścieczonego Juniora, po całkowitym zapakowaniu, upchaniu i zamotaniu stał się cud. Wyciszył się i zasnął. W ułamku sekundy. I mimo że nie poszliśmy wtedy nigdzie na dwór, to był to ten moment, kiedy zakochałam się w noszeniu Juniora.

Zaczęłam motać więcej i więcej, i o ile samo noszenie, bliskość i wpływ jaki to wszystko miało na Juniora były cudne, o tyle nadal samo wiązanie jawiło mi się jako mordęga, co poskutkowało tym, że na chustę prawie nie mogłam patrzeć. Trochę poczytałam, tudzież pooglądałam obrazki w internecie i tak mi się wydało przez chwilę, że wszystkie zjadłam rozumy i postanowiłam pójść na skróty. Mieć bliskość i nosić, ale nie mieć chustokoszmarów nocnych i nie motać. Kupiłam nosidło.
Ale jak to w życiu bywa, nie ma dróg na skróty. Po doczytaniu głębszym, okazało się że nosidło jest owszem spoko, nawet bardzo spoko, ale dla dziecka siedzącego, a Junior był glutkiem zdecydowanie niesiedzącym. Szczęście w nieszczęściu było takie, że kupiłam dobre nosidło ergonomiczne – Tula, a nie jakieś tam katujące bioderka, kręgosłup i krocze (!) wisiadło. Co się więc odwlekło, to nie uciekło, bo Tula sama w sobie jest cudna i wspaniała i w późniejszym czasie dałam nam wiele wspaniałych wspólnych chwil.
(o TULI więcej TU, o nosidłach generalnie TU, o tym czym jest WISIADŁO TU, a o tym dlaczego nie nosi się w nosidłach dzieci niesiadających samodzielnie TU)
Po nietrafionym, na tamten czas, zwrocie w kierunku nosidła, powróciłam znowu do swojej chusty elastycznej i okazało się że wiązanie jej,  nie jest wcale takie straszne jak zapamiętałam. Zaczęłam znowu motać coraz więcej i więcej i tym razem oprócz miłości do noszenia w chuście, zaczęła pomału we mnie kiełkować miłość do chusty jako takiej. Zaczęłam jej używać, nie tylko jako remedium na małe i duże marudki, jak lek na kolki i ząbkowanie, ale też jako alternatywę dla wózka, za którym wtedy mój syn nie przepadał. Po trwającej z tego powodu izolacji – wyszłam w końcu do ludzi.
Motanie chusty ćwiczyłam, ćwiczyłam i jeszcze raz ćwiczyłam. Przed lustrem i z telefonem i z YouTubem. I tu też uwaga, bo niestety mnóstwo pseudospecjalistów jest w sieci i pseudoinstruktażowych filmików wszędzie. Trzeba wiedzieć na kim się wzorować, bo inaczej można sobie zafundować ból głowy (bo każdy inaczej pokazuje), a dziecku krzywy kręgosłup i dysplazję (bo pokazują źle).
 I jak już doszłam, przynajmniej w swoim mniemaniu, do zadawalającego poziomu motania chusty elastycznej, to Junior z niej wyrósł. Tak WYRÓSŁ. Bo się okazało, że taka chusta elastyczna to takich 8 kilowych klocuszków, już nie poniesie. Sprężynuje się i luzuje pod większym ciężarem, nie zabezpiecza nadanej raz pozycji właściwie i nie odciąża już tak kręgosłupa Dziecka jak powinna. Trzeba więc było zmienić na chustę tkaną. A pech w pechu (!), był taki, że taką tkaną chustę to się zupełnie inaczej wiąże niż elastyk. No i masz Ci babo placek i ucz się wszystkiego od początku. Tym razem jednak, postąpiłam roztropnie, tak jak postąpić powinnam była od razu i jak postąpić polecam wszystkim  i spotkałam się z Doradcą Noszenia ClauWi. Marta przyjechała do mnie, przywiozła stosik chust, do wyboru, do koloru, do motania i macania. I pod jej okiem właśnie, złapałam pierwsze szlify na chuście tkanej.

To pod jej czujnym okiem, odważyłam się też pierwszy raz wrzucić Juniora na plecy.
I tak jak mocno kochałam i w sumie nadal kocham, nosić dziecko wtulone we mnie brzuszek do brzucha, prawie tak blisko, jak kiedy był w brzuchu, tak muszę przyznać, że wtedy właśnie odkryłam że plecy to inny świat. Jak by w ułamku sekundy, Dziecko mi schudło o 5 kilo.

I choć może się wydawać że to już koniec mojej chustohistorii, to tak na prawdę, to dopiero początek!
Share on FacebookShare on Google+Pin on PinterestTweet about this on TwitterShare on LinkedInPrint this pageEmail this to someone

Leave A Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *